wtorek, 7 stycznia 2014

Rozdział 69

Oczami zaniepokojonego Miśka

Nigdzie jej nie widziałem. Nie pomagało to, że zdarłem gardło od wołania jej, ani to, że chłopaki wyszli mi pomóc. Zapadła się pod ziemię. Nie zwracałem uwagi na fajerwerki, które nagle rozbłysły na niebie. Liczyła się tylko ona, ale nigdzie jej nie było.
-Wracajmy, pewnie wróciła do domu-Igła poklepał mnie po ramieniu-Zobaczycie się rano i wszystko sobie wyjaśnicie.
Odechciało mi się imprezowania. Chłopaki namawiali mnie, żebym został, ale ja zamówiłem taksówkę i podjechałem do hotelu, w którym miałem być tej nocy z Laurą. Zapalone świeczki, płatki róż… Wszystko tak, jak prosiłem obsługę hotelu. Leżałem na wielkim łóżku i patrzyłem w sufit. Miłość mojego życia myśli, że ją zdradziłem. Kochałem ją z całego serca, a ona pewnie miała mnie teraz za największego dupka na świecie. Nie mogłem spać. Przekręcałem się z boku na bok do czwartej rano.

Gdzieś tam… Laura

Obudziłam się na czymś miękkim. Usiadłam powoli i dotknęłam ręką bolącego miejsca z tyłu głowy. Krew. Rozejrzałam się po ciemnym pomieszczeniu, zatrzymując wzrok na postaci siedzącej na fotelu.
-Andrzej, gdzie my jesteśmy?
-Nieważne. Tu nikt nam nie przeszkodzi-oznajmił i podszedł do mnie.
-Nie rozumiem… W czym przesz…
Przerwał mi wpijając się w moje usta. Próbowałam go odepchnąć, ale dopiero po uderzeniu w ramię zareagował.
-Mówiłam, że możemy być tylko przyjaciółmi warknęłam wkurzona.
-Laura, Laura, Laura… Słodka, naiwna Laura. Ty myślisz, że po co przeprowadziłem się do Łodzi? Po co chodziłem z tobą do kina, na lody, na rowery? Po co oglądałem z tobą jakieś głupie romansidła? Ty nadal myślisz, że byłaś moją przyjaciółką? Naiwna… Podobasz mi się, a jak dziewczyna mi się spodoba, to muszę ją zdobyć. A wierz mi, nie należę do osób, które odpuszczają.
-Co? Andrzej, ty chyba zwariowałeś… Daj mi telefon, zadzwonię do Michała…-urwałam, a moje oczy momentalnie wypełniły się łzami.
-Skrzywdził cię. Jeśli zgodzisz się być ze mną, będziemy szczęśliwi i cię nie skrzywdzę-starł wierzchem dłoni łzę z mojego policzka, ale go odepchnęłam-A więc tak? To pobawimy się po mojemu.
Nie pomógł płacz, błagania, prośby, krzyki i szarpanie. Jedną moją rękę przykuł kajdankami do łóżka. Gdy próbowałam się bronić, bił mnie. Nie dałam rady go powstrzymać… Zrobił to…

Przyjmujący JW

Obudziłem się koło 10. Od razu zadzwoniłem po taksówkę, żeby podjechać po samochód. Laura nie odbierała moich telefonów, więc ruszyłem do jej domu. Otworzył mi jej tata.
-Dzień dobry, ja do Laury. Chciałem z nią…
-Do Laury? Przecież była z tobą-zdziwił się pan Wojtek.
-Była, ale… Zaraz, czy to znaczy, że nie ma jej w domu?
-Nie ma, miała wrócić z tobą. Michał, co się dzieje?-spojrzał na mnie uważnie.
-Bo my… pokłóciliśmy się i Laura wyszła w trakcie imprezy…
-Jak to wyszła? Michał, gdzie jest moja córka!?
Nie umiałem odpowiedzieć na to pytanie. Zaczęliśmy jej szukać, najpierw u Majki, potem u innych znajomych, w parku, na cmentarzu u mamy… Nigdzie jej nie było.
Po południu pojechaliśmy na komisariat, ale nasza policja rozłożyła bezradnie ręce, bo „nie minęły 24 godziny” i „jest dorosła, więc mogła wybrać się, gdzieś nie mówiąc o tym”. Mnie po prostu roznosiło. Chłopaki cały czas do mnie wydzwaniali i pytali o nią. Martwiłem się… Mało powiedziane, cholernie się o nią bałem, a nie mogłem nic zrobić. Jutro miałem być na treningu, bo w piątek gramy mecz ze Skrą. Nie chciałem jechać, ale jej tata powiedział, że i tak nic nie pomogę. Jak wróci, to miał mi dać znać. Był na mnie trochę zły, bo obiecałem się nią opiekować, ale to i tak nic w porównaniu do tego, jak sam siebie teraz nienawidziłem.
Następny dzień był jednym z gorszych dni w moim życiu. Na treningu nie mogłem się skupić, wszyscy posyłali mi smutne spojrzenia. Laura dalej nie odbierała, a po południu zadzwonił pan Wójcik.
-Znalazła się?-zapytałem zaraz po wciśnięciu zielonej słuchawki.
-Michał… Ona…-głos pana Wojtka się załamał, a mi przez myśl przeszedł najgorszy scenariusz-Znaleźli jej torebkę na tym parkingu pod klubem i… ślady krwi.
-Nie, to nie może być prawda…-kolana się pode mną ugięły.
Klęczałem na podłodze i płakałem. To było zbyt wiele. Dlaczego ona? Gdyby nie ja…
-Znajdziemy ją. Ja ją znajdę!-powiedziałem pewnym głosem i się rozłączyłem.

W tym samym czasie u Laury

Nie miałam siły. Cały czas płakałam, albo próbowałam się uwolnić. Z nadgarstka leciała mi krew, ale nie udało mi się przecisnąć dłoni przez kajdanki. Okazało się, że Andrzej nie jest sam. Jeszcze jeden chłopak przyszedł do mnie, ale on był inny, nie bił mnie. Potem dali mi trochę chleba i wodę, ale nie miałam wcale apetytu. Niewiele spałam, bo gdy zamykałam oczy widziałam twarz Andrzeja.
Nie wiedziałam, ile czasu minęło, gdy znowu przyszedł. Znów krzyczałam, płakałam, szarpałam się, w efekcie czego otrzymałam tylko ból. Byłam jego zabawką. Nie wierzyłam, że to ten sam człowiek, z którym widywałam się od pół roku… Ale tak samo nie spodziewałam się, że Michał okaże się zwykłą świnią. Cały czas go kocham, oddałam mu swoje serce, a on podarł je na malusieńkie kawałeczki. Kolejne łzy, kolejne godziny bólu, upokorzenia, siniaków i krwi. A przez to wszystko do mojej podświadomości przebijał się tylko jego zimny śmiech.

Oczyma Kubiaka

W moim życiu miałem jeden cel. Odnaleźć Laurę. Policja nie miała żadnych śladów. Pies tropiący nie pomógł, bo prawdopodobnie porywacz wywiózł ją autem. Klub nie miał monitoringu na parkingu. Laura do nikogo nie dzwoniła, nikt nie zauważył nic podejrzanego. A ja po prostu wariowałem. Był już piątek. Przez cztery doby nikt jej nie widział. Najchętniej przeszukałbym najpierw całą Łódź, a potem resztę Polski, metr po metrze, ale pan Wójcik i trener uwzięli się na mnie. Jeżeli w dzisiejszym spotkaniu ze Skrą zagram dobrze, Bernardi da mi wolne do środy. Walka o Mistrzostwo Polski się dla mnie nie liczyła, ale Łasko do mnie przyszedł na poważną rozmowę. Musiałem na to przystać, żeby mieć czas na poszukiwania i nie chciałem zawieść chłopaków.
To był szybki mecz. Wygraliśmy 3:0. Dawałem z siebie wszystko, a zaraz po meczu pojechałem do Łodzi. Znów chodziłem po mieście, po tym parkingu i zastanawiałem się, co mogliśmy przeoczyć. Musiał być jakiś sposób. A ja musiałem go znaleźć.

Laura

Całkiem straciłam poczucie czasu. Leżałam na wpółprzytomna, obolała… Zastanawiałam się, kiedy mój oddech ustanie, żebym nie musiała tak cierpieć. Nie wiedziałam, ile tu jestem. Byłam tylko boleśnie świadoma tego, jaką krzywdę robią mi Andrzej i jego kumpel na zmianę. Ten drugi wmuszał we mnie jedzenie, poił mnie. Też był zwyrodnialcem, ale przynajmniej okazywał ludzkie odruchy… Raz słyszałam, jak kłócił się z Andrzejem.
-Ciebie już całkiem powaliło? Czemu ją tak bijesz?-krzyczał.
-Bo mi się nie podoba jej zachowanie. Albo nauczy się kultury, albo…-tu zawiesił głos.
-Ty chyba żartujesz! Ja rozumiem, że mieliśmy ją porwać, zabawić się, ale to co ty robisz…
-Myślisz, że co? Że puścimy ją sobie, jak nam się znudzi? I co? Chcesz spędzić resztę życia w pierdlu? Nie. Nie dopuszczę do tego. Mogłeś się do tego nie mieszać!
-Andrzej, nie bij jej tak…-jego głos zmiękł.
-Będę robił, co mi się podoba! I nic ci do tego!
Trzaskanie drzwiami, a potem ten facet przyszedł do mnie. Udawałam, że śpię, a on… Dotknął mojej dłoni i szepnął, że przeprasza.
Nie wiedziałam, co mam o tym myśleć. Andrzej nie chciał, żebym przeżyła. To było straszne, ale… chyba wolałabym umrzeć niż tak cierpieć… Żałuję tylko jednego. Że nie pożegnałam się z Michałem…

Sobota, Łódź, Michał…

Siedziałem na tym parkingu i płakałem. Nie mogę bez niej żyć, jeżeli coś jej się stanie, to tylko przeze mnie. Spojrzałem na lokal, w którym świętowaliśmy koniec roku. Patrzyłem na jakiś market, bloki, sklepy. Szukałem punktu zaczepienia. Nagle mój wzrok powrócił do jednego ze sklepów. Kamera. Może… Może widać, co się stało! Nie mogłem czekać. Było już zamknięte, bo dziś sobota, ale na szczęście właściciel jeszcze był. Wytłumaczyłem mu, o co chodzi. Pewnie gdybym nie był siatkarzem, uznałby mnie za zwykłego wariata. Po moich prośbach zgodził się przejrzeć ze mną nagranie. Widziałem szczupłą postać biegnącą przed siebie. Te włosy, sylwetkę rozpoznałbym wszędzie. Nawet na niezbyt wyraźnym nagraniu. Na szczęście biegła w tą stronę. Nagle poślizgnęła się, a obok niej pojawił się jakiś facet. Chyba się kłócili, chciała odejść, ale złapał ją za rękę, a jakiś drugi typ uderzył ją czymś w głowę. Pierwszy napastnik przerzucił ją sobie przez ramię. Odwrócił się w stronę parkingu i wtedy zamarłem. Znam tego gościa. To Andrzej.
Zadzwoniłem na policję i do ojca Laury, a potem szybko pojechałem do niego. W jej pokoju znalazłem album i zacząłem przerzucać strony. Znalazłem. Wziąłem zdjęcie tego zwyrodnialca przy okazji wyjmując jedno ze zdjęć mojej ukochanej. W akcie desperacji pytałem na ulicach, czy ktoś ich nie widział. Ludzie patrzyli na mnie jak na jakiegoś uciekiniera z psychiatryka, inni próbowali zdobyć mój autograf. Traciłem nadzieję, ale to był mój jedyny punkt zaczepienia.
-Ooo, patrz Stasiu! To ta dziewuszka ze szpitala!-jakiś starszy pan ją poznał.
-A ty chłopcze… Siatkarz, ta jej trzynastka! Kibicowaliśmy waszej drużynie razem z tą panienką-uśmiechnął się do mnie drugi staruszek.
-Co u niej? Dawno jej nie widzieliśmy…
-A jak za tobą tęskniła…
-Zaginęła…-jęknąłem.
Starsi panowie nie mogli w to uwierzyć. Niestety nie widzieli jej. Już miałem odejść, ale wyciągnąłem w ich kierunku jeszcze zdjęcie Andrzeja, nie robiąc sobie zbyt wielkiej nadziei.
-Ty, Zdzisiu, a to nie ten twój sąsiad? Jędrzej?
-Andrzej.
Chciałem ich za to wyściskać. Podali mi adres. Pojechałem tam, a zaraz po mnie zjawiła się policja. Niestety nikogo nie było w środku. Policjanci zaczęli sprawdzać jego znajomych. Ja nie mogłem na razie nic zrobić, ale i tak większość czasu spędzałem na komendzie, żeby być na bieżąco.
W poniedziałek popołudniu coś znaleźli. Jakiś znajomy Andrzeja mówił o jakimś domu za miastem, byli tam kiedyś na imprezie, bo nie ma zbyt wielu mieszkań w pobliżu i nikomu nie przeszkadzał hałas. Nikt też nie usłyszałby krzyków przetrzymywanej dziewczyny…
Pół godziny później podjeżdżaliśmy pod wskazany dom. Uparłem się, żeby jechać. Komisarz kazał mi zostać w samochodzie, a oni pójdą sprawdzić, czy ktoś jest w środku. Kilkunastu policjantów ruszyło w kierunku domu, a ka wyszedłem z auta i podszedłem bliżej. Nie mogłem tak siedzieć…

Laura…

Wszystko mnie bolało, miałam dość. Andrzej nie miał litości… Przez większość czasu leżałam tylko z zamkniętymi oczami, skupiona na powolnym oddechu. Starałam się nie myśleć o bólu. Przywoływałam obraz znajomych lazurowych tęczówek i miałam nadzieję, że mój rycerz mnie uratuje. O tyle dobrze, że ten drugi facet odpiął mi kajdanki. I tak nie miałam siły uciec… Nawet nie byłam w stanie wstać, ale przynajmniej metal nie wrzynał mi się w poranioną skórę na nadgarstku.
Nie potrafiłam określić, kiedy byłam przytomna. Po prostu wegetowałam i modliłam się, żeby Andrzej już tu nie zszedł. Przychodził co jakiś czas. Ten drugi tylko próbował mnie karmić. Wystarczył jęk bólu, cicha prośba, a już dostawałam. Bił mnie w brzuch, głowę, ramiona… A potem słyszałam tylko jego zimny śmiech. Łzy już nie płynęły. Teraz chciałam tylko, żeby to się skończyło…
Leżałam, nie do końca świadoma, co się dzieje. Nagle usłyszałam strzał, a potem kroki. Wydawało mi się, że słyszę głos Michała. Pewnie miałam już omamy… Ktoś zbiegał  na dół. Zacisnęłam powieki, a kiedy je uniosłam, znów zobaczyłam jego… Byłam pewna, że ta twarz będzie mnie prześladować do końca życia…
-Chodź tu!-warknął i pociągnął do góry.
Bolało, strasznie bolało, ale nie jęknęłam, żeby znów nie dostać. Pociągnął mnie w kąt. W drzwiach pojawiła się jakaś postać…

Michał, tak blisko, ale tak daleko

Usłyszałem strzał.
-Laura!
Przestałem myśleć, po prostu wbiegłem do środka. Ktoś wzywał pogotowie. Zbiegłem po schodach. Policjanci próbowali mnie zatrzymać, ale się wyrwałem. Stanąłem w drzwiach. W pomieszczeniu był Andrzej i trzymał nóż przy gardle wychudzonej, brudnej i zakrwawionej blondynki. Moja Laura.
Policjanci mieli go na muszce, a on zasłaniając się dziewczyną kierował się do drzwi. Spojrzałem na nią. Miała zamknięte oczy.
-Kogo my tu mamy?-Andrzej wbił we mnie swój wzrok-Przyszedłeś zobaczyć jak ona umiera?-zaśmiał się drwiąco-Przynajmniej mogłem się nieźle zabawić... 
-Ty…-zacząłem, ale przerwałem widząc ruch jego ręki.
Docisnął nóż do jej szyi i zobaczyłem szkarłatną krew przy ostrzu.
-Nie…-jęknąłem.
Ułamek sekundy później usłyszałem strzał. Ten zwyrodnialec dostał w ramię. Skupił się na mnie, a któryś z policjantów strzelił. Niewiele myśląc rzuciłem się do przodu. Moja pięść spotkała się z jego szczęką. Upuścił nóż i Laurę. Złapałem ją w ostatniej chwili, a funkcjonariusze dopadli do Andrzeja.
-Laura…-szlochałem nad jej twarzą-Przepraszam… Kocham cię. Słyszysz? Kocham cię! Nie możesz mnie zostawić…
Chyba mnie usłyszała, bo nagle jej powieki uchyliły się troszeczkę, jakby nie miała siły ich podnieść. Jakby walczyła sama ze sobą.
-Michaś-delikatnie się uśmiechnęła-Też cię kocham-szepnęła.
Poczułem, że delikatnie ściska moją dłoń. Już nic nie mówiła. Straciła przytomność, a ja trzymając ją w ramionach, błagałem w myślach, żeby karetka szybko się zjawiła.
____________________________________________
Przepraszam, że tak... drastycznie...
Tak to sobie jakiś czas temu wymyśliłam i postanowiłam zrealizować swoją koncepcję...
Mam nadzieję, że się nie gniewacie?

Chciałabym, żebyście wyrazili swoje opinie... Wiem, że ten rozdział był szokujący (?), ale taki miał właśnie być...
 Nie wiem, czy dobrze to opisałam, czy dobrze przekazałam emocje bohaterów...Sami oceńcie ;)
To chyba najdłuższy rozdział do tej pory...

Mam nadzieję, że nadal będziecie chcieli to czytać (nie przewiduję podobnie brutalnych scen).

To chyba tyle na dzisiaj...
Do czwartku (o ile nie weźmiecie mnie za wariatkę i nie uciekniecie) ;]
Całuję,
Wasza Niezapominajka ;*


niedziela, 5 stycznia 2014

Rozdział 68

Weekend minął mi strasznie szybko. Piątek spędziłam na zakupach z Mają i Andrzejem, bo trzeba było kupić jakiś ogarnięty ciuch na Sylwestra. A potem rozmawiałam ze trzy godziny z Miśkiem przez skype’a, bo się stęsknił i nie miał komu ponarzekać na pomysł z treningami. Ale jakby miał tak dużo wolnego, to kto by potem wygrywał? Spadek formy, brzuch rośnie, a trenować nie ma komu. W sobotę miałam pierwszą lekcję gry na pianinie, a potem do wieczora męczyłam kocią muzyką tatę, który wyszedł na spacer i tyle go widziałam. I Koksika. Biedaczysko schowało się pod stołem. No może jeszcze mi to nie idzie, ale jak się nauczę, to sami będą prosić, żebym im grała.
Na niedzielę byłam zaproszona do Jarka. Kolega z liceum chciał mi przedstawić swoją narzeczoną. Mariola była naprawdę bardzo pozytywną osobą. Nie dało jej się nie polubić. Bezpośrednia brunetka, z powalającym poczuciem humoru, brązowymi oczami i szerokim uśmiechem. Gdy się na nich patrzyło, to widać było, że szaleją za sobą. Spędziłam z nimi bardzo fajnie czas. Po powrocie do domu nie było już tak kolorowo, bo czekało mnie sprzątanie. Koks był sam i zeżarł (albo raczej podarł) jakąś gazetę. Zdolny to on jest. Jej strzępki walały się po kuchni, korytarzu i na kanapie w salonie. Nie mam pojęcia, jak ta mała, futrzana kulka to zrobiła.
Wreszcie nadszedł Sylwester. Nawet nie wiedziałam, gdzie będziemy go spędzać, bo Michał nie chciał nic powiedzieć. Wiedziałam tylko, że będzie kilku innych siatkarzy. Cieszyłam się ze spotkania z nimi, bo bardzo przywiązałam się już do tych wielkoludów. Chwilę po obiedzie tata musiał jechać do jakiegoś znajomego, bo nawalił mu samochód, a wybierał się gdzieś na imprezę. Miałam całą chatę wolną, więc nie musiałam się spieszyć. Spokojnie zaczęłam się szykować. Zaczynając od prysznica, poprzez fryzurę, manicure, a kończąc na kreacji. Założyłam sukienkę w chwili, gdy podjechał Michał. Zbiegłam po schodach i wpuściłam go do środka. Wykorzystałam go troszkę, do zasunięcia suwaka, bo sama nie zdążyłam tego jeszcze zrobić. Musnął chłodnymi palcami moją nagą skórę, a mnie przeszedł dreszcz. Po chwili poczułam na karku jego gorące wargi. Zaczęliśmy się całować. Gdyby nie szczekanie Koksa, pewnie wylądowalibyśmy w sypialni.
-Michał, ale chyba musimy jechać…
-Jeszcze zdążymy-mruknął, muskając moją skroń.
-Nie chcę się spóźnić, a tym bardziej zmarnować czterech godzin na szykowanie się od nowa-jęknęłam.
-Skarbie…
-Po imprezie… Pojedziemy do jakiegoś hotelu i…-urwałam, kierując się do drzwi.
Nie musiałam dwa razy powtarzać. Zamknęłam dom na klucz, a Michał już czekał, otwierając przede mną drzwi samochodu. Ruszyliśmy w kierunku Warszawy. Kubiak cały czas gadał, ale zauważyłam, że na jednym rondzie zawrócił w stronę Łodzi. Nic się nie odzywałam, ale byłam ogromnie ciekawa, co oni wykombinowali. Wróciliśmy do miasta, a ja dalej udawałam głupią. Nawet jak po raz czwarty przejeżdżaliśmy koło mojego starego gimnazjum… Zatrzymaliśmy się pod klubem, w którym kiedyś byłam na osiemnastce sąsiada.
-Jesteśmy na miejscu-uśmiechnął się przyjmujący.
-Kilku chłopaków? Tu jest chyba cała reprezentacja…-zdziwiłam się, gdy weszliśmy do środka.
-I Czarny, Łasko, Wojtaszek, Holmes, Lotman, Achrem i Schops-puścił mi oczko i pociągnął w kierunku chłopaków.
Okazało się, że chłopaki wynajęli jedną salę w klubie i mieliśmy ją na wyłączność. Byli siatkarze w większości z partnerkami i ku mojemu ogromnemu zdziwieniu Maja i Andrzej.
-Co wy tu robicie?-podniosłam pytająco brew.
-Zostaliśmy zaproszeni-wzruszyła ramionami Majka.
-I nic mi nie powiedzieliście?
-To miała być niespodzianka-uśmiechnął się Andrzej i zmienił temat, wychwalając moją sukienkę.
Szalałam z chłopakami na parkiecie. Rozchwytywana przez nich, nie miałam nawet kiedy odpocząć.
Nawet Igła z Russellem kłócili się, kto pierwszy podszedł, żeby mnie „odbić”. Padło na jastrzębskiego środkowego. Wolałabym tańczyć z Ignaczakiem, bo Holmesa trochę unikałam. Na dodatek trafił nam się jakiś wolniejszy kawałek. Zarzuciłam mu ręce na ramiona, a on oparł swoje na moich biodrach. Prawił mi komplementy, co było bardzo miłe, ale czułam się, jakbym oszukiwała Michała. Na szczęście potem trafił się Nowakowski. W połowie piosenki zlitował się nade mną i usiadłam z nim przy barze. Napiliśmy się trochę i zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że Cichy pokłócił się ze swoją mamą i zaczął użalać się z tego powodu.
-No bo ona powiedziała, że ja nie mogę iść na tą imprezę…-jojczył.
-Ale jesteś dorosły i nie musisz pytać jej o zgodę.
-Powiedziałem jej to, a ona stwierdziła, że nie będzie mi gotować…
-Ona ci gotuje?-zdziwiłam się.
-Mhm. Jeżdżę do niej na weekendy i ona daje mi obiady na cały tydzień. A teraz sam sobie będę musiał gotować.
-Kiedyś trzeba się nauczyć-wzruszyłam ramionami.
-I kazała mi znaleźć sobie dziewczynę-rozpaczał-I wiesz co? Powiedziała, że już powinienem się ożenić.
-Piotruś, ja wiem, że to dla ciebie szok, ale…
-Piter! Co tak zawracasz głowę Laurze? Napij się, a ja porywam ją do tańca-Kosok pociągnął mnie na parkiet.
-Dzięki, Grzesiu. Jestem twoją dłużniczką-mrugnęłam do niego.
Tańczyliśmy już chyba do trzeciej piosenki, gdy nagle przecisnął się do nas Piotrek z moją torebką.
-Coś ci chyba dzwoni!
Wygrzebałam telefon i wyszłam na zewnątrz, żeby oddzwonić do taty. Okazało się, że był dłużej u tego kolegi, a nie ma kluczy. Powiedziałam Michałowi, że niedługo wrócę i obiecałam, że zdążę przed północą. Czekałam na ojca na parkingu. Podjechał po mnie i już po kilkunastu minutach wpuściłam go do domu. Chciał mnie odwieźć, ale zamówiłam taksówkę, żeby nie ciągać go w tą i z powrotem. Na podwózkę musiałam trochę poczekać, to pewnie dlatego, że jest Sylwester, dużo osób zamierza pić i zostawia auta. Po 23 byłam w klubie. Wpadłam na Krzyśka w szampańskim nastroju.
-Krzysiu, nie widziałeś może Michała?
-Był gdzieś tam-machnął ręką w kierunku parkietu-A właśnie, ja jeszcze z tobą dziś nie tańczyłem-chwycił mój nadgarstek i pociągnął w kierunku tańczących.
-Wiesz, Igła, najpierw chciałabym znaleźć Michała, żeby wiedział, że już wróciłam.
-To poszukamy go razem, żebyś mi nie uciekła-puścił mi perskie oczko.
Ruszyliśmy razem mijając tańczące pary, gdy nagle stanęłam jak wryta. Michał obejmował w talii jakąś tlenioną blondynę! To było nic… Po kilku sekundach ona zarzuciła mu ręce na kark i pocałowała! Poczułam łzy napływające mi do oczu. Bezwiednie zacisnęłam palce na zawieszce od Michała i na połówce serduszka.
-Laura…-Igła patrzył na mnie wielkimi oczyma.
Odwróciłam się i szybko skierowałam się do wyjścia, nie zważając na wołania libero. Pociągnęłam zawieszki i rzuciłam za siebie. Słona ciecz niszczyła mi makijaż, ale mnie to nie obchodziło. Jak on mógł! Nie zwracałam uwagi na to, gdzie idę. Chciałam być jak najdalej stąd. Nagle poślizgnęłam się, ale ktoś mnie złapał. Spojrzałam na złamany obcas, a potem na chłopaka, który nie dał mi upaść.

Perspektywa świetnie bawiącego się Michała…

Laura musiała wyjść na chwilę, ale nie martwiłem się o nią, bo tata miał po nią przyjechać. Tańczyłem właśnie z Iwoną, gdy na salę przyszło kilka dziewczyn. Jak się okazało, były z tej drugiej imprezy w tym lokalu. Fanki siatkówki. Nie obeszło się bez autografów. Potem jedna, blondynka wymyśliła sobie zdjęcie. Ustawiłem się do fotki. Pstryknął aparat, a ona się na mnie rzuciła i pocałowała. W pierwszej sekundzie nie wiedziałem, co się dzieje. Jakaś obca dziewczyna się do mnie przyssała… Po chwili ją odepchnąłem.
-Zwariowałaś?-warknąłem na nią.
-Przepraszam, zawsze chciałam to zrobić-zatrzepotała rzęsami-Jeszcze możesz zostawić tą ździrę i możemy być razem.
Zamurowało mnie. Jakaś wariatka. Miałem jej odpowiedzieć, kiedy ktoś do mnie podszedł i mnie  szarpnął do tyłu.
-Igła, co ty odstawiasz?
-Ja? Ty mi lepiej powiedz, czy ci kompletnie odwaliło!?
-Co!?
-Przelizałeś się z jakąś lafiryndą-obrzucił wrogim spojrzeniem blondynę-a Laura przez ciebie płacze!
-Ej, widzieliście, gdzieś może Laurę?-podszedł niczego nieświadomy Kurek-Zgubiła łańcuszek.
-Zapytaj tego pacana!-Krzysiek wskazał na mnie.
-Ja jej nie pocałowałem, to jakaś wariatka, rzuciła się na mnie…
-Mam nadzieję, że to prawda… Lepiej idź szukać Laury…
Wybiegłem stamtąd, ściskając w dłoni łańcuszek ukochanej. Dałem jej  go na szczęście, w dowód miłości… A ona myśli, że ja ją zdradziłem…
Nie zważając na mróz biegłem przed siebie, wypatrując znajomej sylwetki w szafirowej sukience…

Oczami zranionej, oszukanej i zziębniętej Laury…

-Co się stało? Czemu płaczesz? Może cię odwiozę?
-Nie, dzięki. Chcę być sama-wyrwałam się z jego ramion.
-Ale nie masz kurtki. Zmarzniesz. I jak chcesz iść w zniszczonych butach?
-Po prostu mnie zostaw! Nie chcę nikogo widzieć!
Odwróciłam się i chciałam odejść, ale złapał mnie za nadgarstek.
-Nie rozumiesz, co mówię?
-Tak?-warknął.
Poczułam ból z tyłu głowy, a potem już nic…
_________________________________________
No... Coś takiego powstało...
Mam nadzieję, że zżera Was teraz ciekawość i będziecie zastanawiać się, kto to jest :P
Może nie do końca ten rozdział mi wyszedł tak, jak chciałam, ale chyba nie jest źle ^^
Teraz nie będzie tak nudno jak ostatnio.

Czekam na Wasze domysły ;]

Polskie siatkarki niestety nie zagrają na MŚ :( Szkoda...
A Kasia Skowrońska-Dolata zastanawia się nad zakończeniem kariery reprezentacyjnej ;(

To ja się z Wami żegnam... Do wtorku ;]
Ściskam ;*

piątek, 3 stycznia 2014

Rozdział 67

-Michaś, a to pianino…-zaczęłam, ale mi przerwał.
-Mówiłaś kiedyś, że lubisz słuchać jak ktoś gra na pianinie, więc pomyślałem, że chciałabyś się nauczyć-uśmiechnął się promiennie.
-Moja mama grała na pianinie, ale gdy wyprowadzaliśmy się z tatą, to ono zostało sprzedane razem z domem. Pamiętam jak siadałam na stołku koło niej, a ona grała różne melodie… Jak śpiewałyśmy razem…
-To teraz ty też będziesz się mogła nauczyć, bo wykupiłem ci lekcje.
-Ale to musiało kosztować kupę kasy…-machnął ręką na moje słowa-Nie chcę, żebyś tracił na mnie pieniądze.
-Oj, skarbie, ja lubię ci kupować prezenty-pocałował mnie w czoło-Widzę, że ten kudłaty prezent już się zadomowił-wskazał w kierunku Koksa śpiącego pod choinką.
-Nie zawsze woła, żeby wypuścić go na dwór, ale jest już coraz lepiej-zaśmiałam się-Przyzwyczaił się do spania ze mną w łóżku, więc śpisz dziś na kanapie-wystawiłam mu język.
-Ej!-musiałam skapitulować, bo Misiek zaczął mnie łaskotać.
-Też mam coś dla ciebie. Co powiesz na skakanie ze spadochronem?
-Serio?-widziałam, że oczy mu się zaświeciły-Ale skąd ty…
-Chłopaki cię sprzedali-mrugnęłam.
-Chyba będę musiał ci ładnie podziękować-wpił się w moje usta.
-Im też tak chcesz dziękować?-zaśmiałam się, gdy się odsunął.
-Z tobą nie skończyłem, a im… postawię po piwie i będziemy kwita.
Porozmawialiśmy jeszcze chwilę i poszłam się kąpać, a Michał wyszedł z psem. A co! W końcu Koksik jest od niego, więc może z nim czasami wyjść. Pełen relaks w wannie z gorącą wodą i masą piany… Było mi tak przyjemnie, że moje powieki mimowolnie opadły.
-Laura, długo jeszcze?-usłyszałam Michała za drzwiami.
-Już zaraz wychodzę…
Woda zdążyła wystygnąć, więc dolałam gorącej, żeby się rozgrzać. Po kilku minutach niechętnie wyszłam, osuszyłam ciało ręcznikiem i założyłam piżamę.
-Misiu, zrobiłbyś mi herbatki? Bo trochę zmarzłam…
-Gdzie? W łazience?
-Chyba mi się przysnęło…
-To dlatego siedziałaś tam półtorej godziny?-zaśmiał się, a po chwili już byłam w jego ciepłych ramionach-Chyba nie chciałaś mi się przeziębić?
-Już by mnie babcia Krysia wyleczyła…
Ja opatulona kocykiem wypiłam ciepłą herbatę, a Michał się wykąpał. Poszliśmy się położyć. Koks miał nie spać w łóżku, ale tak skomlał, że Misiek nie wytrzymał. Taki mały, a umie postawić na swoim. Spaliśmy we trójkę. Ja wtulona w siatkarza, a w nogach łóżka mały futrzak.

Rano ruszyliśmy autem Michała do Wałcza. Po negocjacjach stwierdziliśmy, że york jedzie z nami, żeby nie zawracał głowy tacie. Koło południa byliśmy na miejscu. Rodzice Michała i jego babcia już na nas czekali. Jego brat z narzeczoną też miał być lada chwila. Zaraz nas wyściskano, poczęstowano ciastem i herbatą i zasypano milionem pytań. Pani Basia była dla mnie bardzo miła. Powiedziała, że na pewno przyjadą kiedyś do Łodzi, bo musi pogodzić się z moją mamą. Dostałam od niej kilka zdjęć, na których były razem.
Koks zrobił niemałe wrażenie. Pani Krysia była przeciwna trzymaniu zwierząt w domu, ale mojego piesia się nie czepiała. Pan Jarek znalazł jakąś starą piłkę i zaczął się z nim bawić na dywanie w salonie.
Babcia i mama siatkarza zaczynały nakładać obiad, gdy w drzwiach pojawił się brat Michała, Błażej z narzeczoną Sarą.
-Cieszę się, że wreszcie mogę cię poznać-uśmiechnął się Błażej-Za każdym razem, jak rozmawiam z Michałem i pytam, co u niego, to słyszę tylko Laura to, Laura tamto…
-Mi też jest bardzo miło…
-Koniec tych pogaduszek, bo wam obiad wystygnie-babcia zagoniła nas do stołu.
Przy obiedzie rozmawialiśmy z Błażejem i Sarą, chociaż ona nie za wiele mówiła. Starszy z braci Kubiaków miał niezwykłe poczucie humoru i  talent to zagadywania ludzi. Pomogłam pani Basi w zmywaniu, a reszta rozsiadła się w salonie (tylko babcia biegała w tą i z powrotem domosząc coraz więcej placków, sałatek, wędlin…).
-Laura, mamy coś dla ciebie-pan Jarek wyciągnął spod choinki prostokątny prezent-Reszta już dostała w Wigilię, a ciebie nie było.
-Mam nadzieję, że się przyda-uśmiechnęła się mama siatkarza.
Dostałam duży album na zdjęcia, w pięknej grubej okładce.
-To będziesz mogła wszystkie zdjęcia mieć w jednym miejscu-mrugnął Michał, po czym wyciągnął aparat i pstryknął mi fotkę.
-Dziękuję bardzo, na pewno się przyda-uściskałam rodziców chłopaka-Niestety ja dla państwa nic nie mam…
-Ależ daj spokój, kochana, ważne, że nas odwiedziłaś.
Byłam ogromnie zaskoczona, ale zrobiło mi się ciepło na sercu. Miło było wiedzieć, że mnie tak polubili. Babcia Krysia wyszła na chwilę, a po chwili wróciła z jakimś zawiniątkiem. Dała mi sweter w norweskie wzory.
-Śliczny, dziękuję-uśmiechnęłam się przykładając do siebie prezent.
-Będzie pasować-pokiwała głową pani Krysia-Zrobiłam ci ten sweterek, żeby cię ten mój wnusio nie przeziębił gdzieś.
-To pani go sama zrobiła?-zdziwiłam się, patrząc na misterne wzorki.
-Oczy już nie te, ale chyba dobrze wyszedł…
-Jest cudowny…
Potem razem z Michałem zrobiliśmy sobie „sweet sesyjkę”. Masa zdjęć w czapce Mikołaja, moim nowym sweterku i oczywiście z Koksem… Będzie z czego wybierać, żeby album nie świecił pustkami. Sara dalej była jakaś cicha, ale to chyba potwierdzało zasadę, że przeciwieństwa się przyciągają, bo przez większość popołudnia Błażej opowiadał różne historyjki i anegdoty, więc nie siedzieliśmy jak na stypie. Co chwila śmialiśmy się, dużo jedliśmy (bo podobno zmizerniałam), a potem oglądaliśmy telewizję. Czułam się, jakbym była częścią tej rodziny, a przecież prawie ich nie znałam…
-Aaa! Zabierz to!-Sara nagle podskoczyła na swoim miejscu, a Błażej schylił się i podniósł Koksa.
-Co tam mały? Nudzisz się?-zaczął go drapać za uchem-Patrz jaki słodziak, może też takiego sobie kupimy?-zwrócił się do narzeczonej.
-No chyba nie i weź go zabierz od stołu…
Misiek miał jutro po południu trening, a w piątek dwa, ale i tak postanowiliśmy zostać na noc u jego rodziców. Rano miał odwieźć mnie, a potem wrócić do siebie.
Znów zajęliśmy jego stary pokój. Nawet nie wiedziałam, jaka jestem zmęczona. Czekając na Michała, zasnęłam w pachnącej jego perfumami pościeli.

-Piękna…-wymruczał mi do ucha, całując w policzek.
-Hm?
-Wstajemy.
-Nie… Jeszcze pięć minut-jęknęłam i przekręciłam się na drugi bok.
-Chyba pięć, ale sekund-cicho się zaśmiał, a po chwili byłam już w powietrzu.
Michał wziął mnie na ręce i wyciągnął z łóżka mimo moich protestów. Po drodze wziął swoją bluzę i zszedł ze mną do kuchni.
-Śniadanko-postawił mnie i opatulił swoją ogromną bluzą-Co byś zjadła?
-Spaaać-ziewnęłam przeciągle.
-O, wstaliście już-babcia Krysia weszła do pomieszczenia-Pewnie głodni?
-Laura umiera z głodu…-uśmiechnął się Misiek, za co dostał łokciem w żebra.
-Zjem, jak ty mi coś przyrządzisz-pocałowałam go i usiadłam przy stole-No, czekam, panie Kubiak.
Wyciągnął z lodówki śledzie, sałatki, nawet jakiś bigos.
-Co panienka wybiera?
-Hm… Ja bym zjadła płatki.
-No, ale… Tyle jedzenia, a ty wymyślasz…-zajrzał do lodówki-Nie ma mleka-oznajmił.
-To skocz i kup. Sklep jest blisko-babcia wygoniła go.
-Nie trzeba było, zjadłabym coś innego…
-Niech się przyzwyczaja-mrugnęła do mnie.
10 minut później zajadałam płatki, a Michał sałatkę. Potem poszliśmy się ubrać, pożegnaliśmy się ze wszystkimi i wsiedliśmy do samochodu. Podróż minęła nam szybko na rozmowie i śpiewaniu, mimo że musieliśmy się dwa razy zatrzymać, żeby Koks mógł się załatwić.
Pod moim domem pożegnaliśmy się. Mieliśmy się zobaczyć dopiero w Sylwestra. Po kilku długich pocałunkach Misiek musiał jechać, machałam mu, dopóki nie zniknął za zakrętem.
W domu się nudziłam, więc postanowiłam spotkać się z Mają. Posiedziałam u niej trochę. Oglądałyśmy filmy i dokuczałyśmy Koksikowi, który oczywiście mi towarzyszył. Wieczór spędziłam na oglądaniu z tatą seriali, a potem położyłam się wcześniej spać, bo w końcu kiedyś trzeba się wyspać.
Ta… Wyspać… Wszystko ładnie pięknie, gdyby nie pobudka o czwartej, bo komuś zachciało się wyjść na dwór i skomlał pod drzwiami…
_______________________________________________
Dziś trochę wcześniej... Wiem, szału nie ma, ale staram się ;]

Mogę Wam obiecać, że za niedługo będzie się sporo działo...

Jak tam u Was?
Niedługo koniec wolnego :(
Ja w niedzielę rano ruszam na Kraków...

Pozdrawiam adminów strony Siatkówka jest bowiem, zacnym sportem Milordzie. *.* i dziękuję za reklamę ;)

Nie zanudzam już... Życzę miłego pierwszego weekendu w tym roku ^^
Buziaki ;*

Ps. Może tak nieskromnie, ale pochwalę się Wam prezentem, który dostałam pod choinkę od najlepszej siostry pod słońcem :]
Aaa!!! Kubiakowa koszulka <3

środa, 1 stycznia 2014

Rozdział 66

Moje zdziwienie było ogromne, gdy okazało się, że w pudle jest… pianino! Tata pomógł mi z nim i już po chwili stało w salonie, a ja delikatnie naciskałam klawisze. Zadzwoniłam do Michała, ale odrzucił połączenie i napisał mi w smsie, że jutro pogadamy i ma nadzieję, że jestem zadowolona.
Tak się zasiedziałam przy tym instrumencie, że spóźnilibyśmy się na pasterkę. Tata zgodził się, żebyśmy jechali moim samochodem. Na mszy strasznie chciało mi się spać, ale jakoś wytrzymałam do końca. Po powrocie do domu padłam zmęczona na łóżko.
Obudził mnie dzwonek do drzwi.
-Kogo znowu niesie z samego rana…-jęknęłam.
Zbiegłam po schodach z Koksikiem na rękach, bo zaczął strasznie szczekać. Otworzyłam drzwi i… stanęłam oko w oko z babcią.
-Ty jeszcze w piżamach? Święta są, a ty leniuchujesz do południa…-zamiast powitania od razu zaczęła się czepiać, zresztą jak zwykle…
Była dopiero 10, a mieli przyjechać na 12. Tak samo ciocia Agata z mężem i synem. Michał miał być na 11, żeby mógł się przygotować psychicznie na konfrontację. Babcia z dziadkiem się rozgościli, a ja szybko się ubrałam.
-Co to za kudłate coś?-babcia wskazywała na yorka.
-Koks, mój pies-wzruszyłam ramionami.
-Pewnie ma pchły-podsumowała matka mojego taty.
On rozmawiał ze swoim ojcem, a ja musiałam zabawiać babcię. Co roku w pierwszy dzień świąt rodzina przyjeżdżała do nas. Jakaś taka tradycja… Jakby była ciocia Aga byłoby od razu weselej, ale oni musieli przyjechać wcześniej…
-A co tu robi ten instrument?
-To prezent…
-Mam nadzieję, że się nie sprzedajesz… Wojtka nie stać na takie drogie rzeczy.
-Babciu!-przegina…
-Zajmuje okropnie dużo miejsca… I pewnie będzie się na nim strasznie osadzał kurz-przejechała demonstracyjnie palcem po moim cudownym pianinie.
Chwilę przed 11 usłyszałam samochód wjeżdżający na podjazd. Przeprosiłam babcię i wybiegłam na  zewnątrz.
-Michał!
Jego ciepłe usta pozwoliły mi na chwilę zapomnieć o babci szpiegującej nas przez okno. Chwyciłam jego dłoń i poprowadziłam w kierunku wejścia.
-Obiecaj, że nie uciekniesz, jak ich poznasz…
-Aż tak źle?-zapytał ze śmiechem.
-Gorzej…-mruknęłam.
-To ucieknę… Ale z tobą-skradł mi jeszcze jednego całusa i wkroczył ze mną do salonu.
Dziadkowie przyglądali mu się. Przywitał się z nimi krótkim „dzień dobry” i przystąpiłam do prezentacji.
-Babciu, dziadku to mój chłopak Michał. Michał, to moja babcia Róża i dziadek Jan.
-Bardzo mi miło państwa poznać-Misiek zachowywał nienaganne maniery.
-Chłopak?-zapytała babcia-To nie narzeczony?
-Jeszcze nie myśleliśmy…
-To za wcześnie…
Zaczęliśmy tłumaczyć jednocześnie.
-I pewnie żyjecie w grzechu…-ciągnęła starsza pani.
Spłonęłam rumieńcem i spojrzałam przepraszająco na Michała.
-Róża, daj spokój. Są młodzi, chcą się wyszaleć… W odpowiednim czasie nasza mała Laura zaprosi nas na ślub-dziadek uśmiechnął się serdecznie do nas.
-Ale nieślubne dziecko…
-Nie ma żadnego dziecka przecież. Nie martw się na zapas. Oni na pewno potrafią o siebie zadbać-babcia odwróciła się w kierunku kanapy, a dziadek Janek mrugnął do nas porozumiewawczo.
Zaproponowałam gościom herbatę i poprosiłam chłopaka, żeby mi pomógł. Mogłam go spokojnie przytulić, pocałować… Przeprosiłam go za babcię i zapytałam, czy uciekamy.
-Chętnie-uśmiechnął się-Twoja babcia jest… specyficzna, ale dziadek jest całkiem spoko. Jakoś wytrzymamy.
-Babcia jest dosyć konserwatywna. Dla niej nieślubne dziecko to hańba, a seks przed ślubem jest pierwszym stopniem do piekła…
-Byle z tobą, a w każdym piekle wytrzymam-oparł swoje czoło o moje.
-Jakby nas teraz zobaczyła, pewnie kazałaby nam iść na kolanach do Częstochowy-oboje zachichotaliśmy cicho.
Gdy zanosiłam herbatę do salony, ktoś zadzwonił. Poleciłam Michałowi otworzyć. Po chwili wrócił w towarzystwie Agaty, Huberta i Bartka. Uściskałam wszystkich. Misiek też został dobrze przyjęty przez nich, a szczególnie przez Bartka. Niby wolał piłkę nożną, ale nie co dzień spotyka się świetnego zawodnika na obiedzie u wujka. Ja zostałam wypytana przez ciotkę o ostatnie pół roku, co się u mnie działo, o stan zdrowia taty i czemu tak rzadko dzwonię… Odpłaciłam jej pięknym za nadobne. Po obiedzie Agata spojrzała wymownie na Huberta i oznajmili nam, że rodzina im się powiększy. Zebrali gratulację, ja zostałam ostrzeżona, że będę chrzestną.
Michał pogrążony był rozmową z moim tatą, wujkiem i dziadkiem, a babcia zachwycała się nad piętnastolatkiem, bo ostatnio zajął drugie miejsce na jakichś zawodach. A Agata bawiła się z Koksem.
-Laura, ty też byś mogła coś poćwiczyć, bo chyba ci się przytyło… Chyba, że o czymś nie wiemy…-spojrzała znacząco na Michała.
-Przydałby się bobas w tej rodzinie-uśmiechnęła się Aga.
-Przecież już wy się spodziewacie-zaoponowała babcia Róża.
-Nasz maluszek miałby się z kim bawić-uśmiechnęła się i spojrzała na mnie-Więc może pomyślcie nad tym-mrugnęła do mnie na przekór swojej matce.
-Ale Laura jest za młoda…
-W dawnych czasach byłaby już starą panną.
Na szczęście zmieniły temat i już nie byłam ich celem. Potem faceci postanowili obejrzeć moje autko. Nie obyło się bez jazdy próbnej. Pozwoliłam prowadzić Hubertowi, na miejscu pasażera siedział dziadek, a z tyłu ja, Michał i Bartek. Mój kochany siatkarz nie mógł przeboleć, że mam lepsze auto niż on. Pod domem zaczęło się zaglądanie pod maskę. Zauważyłam, że Bartka bardzo to interesuje. Mój tata dokładnie mu tłumaczył, co gdzie jest i jak działa. Oni zostali na zewnątrz, a ja z resztą wróciłam do domu, bo na dworze było bardzo zimno.
-Michał, czy ty nie jesteś na coś chory?-zapytała babcia Róża, a wszyscy wytrzeszczyli oczy ze zdziwienia.
-Nie bardzo rozumiem, czemu tak pani uważa…
-Jesteś strasznie wysoki… Są takie choroby. Jakiś gigantyzm na przykład… Pewnie kręgosłup ci nie wytrzymuje-spiorunowałam moją babcię spojrzeniem.
-Zaraz ja nie wytrzymam-mruknęłam cicho-Mówiłam, że Michał jest siatkarzem. W tej profesji trzeba być wysokim-powiedziałam niezbyt przyjaznym tonem.
-W drużynie i tak ma wyższych kolegów-Agata zwróciła się do swojej matki.
-Widocznie stworzyli ten sport, żeby osoby ze zbyt dużą ilością hormonów wzrostu też myślały, że są do czegoś potrzebne-stwierdziła babcia-Za moich czasów…
-Ja mam dość! Nie będę słuchać tych bredni! Kogo obchodzi co było za twoich czasów?-chwyciłam mocno dłoń Michała-Chodź.
Pociągnęłam go schodami na górę i z trzaskiem zamknęłam za nami drzwi mojego pokoju. Słona ciecz stopniowo zaczęła się uwalniać spod moich powiek.
-Laura-zaczął miękko Misiek-Nie przejmuj się… To było nawet… zabawne-uśmiechnął się krzywo.
-Zabawne? Moja babcia wiecznie się mnie czepia, myśli, że jestem w ciąży, a teraz wyjeżdża z tekstem, że jesteś na coś chory.
Chłopak przyciągnął mnie do siebie i próbował uspokajać. Gładził delikatnie po plecach, szeptał kojące słowa. Stwierdził, że mogę wziąć walizkę, spakować się i możemy uciec nawet teraz. Cieszyłam się, że trafiłam na taki skarb.
Po kilkunastu minutach usłyszałam pukanie do drzwi i głos Agaty.
-Mogę?
-Wchodź-przetarłam oczy i próbowałam się uśmiechnąć.
-Powiedzieliśmy mamie, że nie powinna być taka. Wojtek stwierdził, że nie zna lepszego chłopaka niż Michał i że jeżeli go obraża pod jego dachem, to tak jakby jego obraziła. Mam nadzieję, że coś do niej dotarło.
-Dzięki-byłam pod ogromnym wrażeniem postawy mojego taty.
-Nie masz za co dziękować. Widać, że się kochacie, a ona po prostu nie zna się-mrugnęła do nas-Może zejdziecie się pożegnać? Będziemy się już zbierać…
-Jasne-uśmiechnęłam się do ciotki.
Wstałam z kolan Michała, on ujął moją dłoń, pocałował mnie w czoło i zeszliśmy na dół. Wszyscy zakładali już buty i kurtki. Pożegnaliśmy się z Agą, Hubertem i młodym, potem podeszliśmy do moich dziadków.
-Ja…-zaczęła moja babka-Jak znajdziecie wolny weekend, to przyjedźcie do nas-krzywy uśmiech i tyle ją widzieliśmy.
Za to dziadek uściskał mnie i Michała. Przeprosił za swoją żonę. Stwierdził, że jest uparta i ciężko jej się przyznać, że niepotrzebnie tak na nas naskoczyła. Również nas zapraszał i obiecał, że nie będzie tak źle.
Wreszcie koniec tego koszmaru. Odetchnęłam z ulgą. Siedliśmy z Michałem na kanapie wtuleni w siebie. Wystarczyło, że był koło mnie, a moje zszargane nerwy wracały do normy. Tata taktownie poszedł do siebie.
-Przepraszam-przerwałam ciszę.
-Za co niby?-Michał podniósł pytająco brew-Rodziny się nie wybiera. A ciebie czeka jutro wielki dzień.
-Wątpię, żeby twoja rodzina była tak okropna jak moja.
-Może i nie jest taka zła, ale babcia Krysia nagotowała sporo, bo się za tobą stęskniła-zaśmialiśmy się oboje.
-Michaś, a to pianino…
___________________________________________________
Witam w Nowym Roku ;)
Przepraszam, że późno, ale rozdziału nie napisałam wcześniej, a dziś cały dzień spędziłam siedząc w piżamach i oglądając filmy z rodzicami... Tak, wiem, ambitnie :D

Jak po Sylwku? Żyjecie?

Mam nadzieję, że rozdział się podoba... Nie hejtujcie za bardzo babci Róży... Nie jest aż taka straszna :P

Wszystkiego dobrego w 2014 roku ;]
Pozdrawiam ;*